IP, czyli klucz do serca producenta

Czym jest IP i co oznacza dla scenarzystów?

Podczas pitchingów na zachodnich festiwalach te dwie literki padają zazwyczaj już w pierwszym pytaniu o projekt. W Polsce pojawiają się w rozmowach rzadziej, ale wystarczy spojrzeć na listę filmów nominowanych do tegorocznych Orłów – znaczna większość to historie oparte na prawdziwej historii, a więc posiadające tak zwane IP. Czym są te dwie magiczne litery, które często decydują o sukcesie filmu?

IP, z angielskiego „intellectual property”, czyli własność intelektualna, to pojęcie, z którym najczęściej spotykamy się w kontekście praw autorskich. W branży scenariopisarskiej oznacza jednak przede wszystkim, w największym uproszczeniu, już istniejącą historię, którą można zaadaptować na film lub serial. Co to może być za historia? Czy musi być prawdziwa? Możliwości są ogromne.

Co może być IP?

Jako IP doskonale sprzedają się biografie i wszelkie opowieści oparte na prawdziwych wydarzeniach, niekoniecznie powszechnie znanych. „Bogowie” mimo doskonałego scenariusza nie sprzedaliby się tak dobrze, gdyby nie opowiadali o konkretnej postaci – Zbigniewie Relidze. Nie oznacza to, że przy pisaniu scenariusza musicie kurczowo trzymać się faktów. Często hasło „oparte na faktach” jest jedynie wabikiem na widza i producenta. Oscarowe historie, takie jak „Faworyta” czy „Jak zostać królem” wykorzystują prawdziwe postaci, ale w ich historiach bezlitośnie zmieniają, co tylko się da. Warto zaznaczyć, że IP niekoniecznie musi dotyczyć powszechnie znanych bohaterów czy wydarzeń. „Kłamstewko” Lulu Wang, nagrodzone w tym roku Złotym Globem, opowiada rodzinną historię twórczyni, co podkreślane jest we wszystkich wywiadach i informacjach prasowych.

Czy IP musi być oparte na prawdziwej historii?

Pojęcie to jest jednak znacznie szersze – IP wcale nie musi bowiem być prawdziwą historią czy dotyczyć realnych postaci. Może to być baśń, powieść, sztuka teatralna, komiks lub gra komputerowa, a więc opowieści niekoniecznie oparte na faktach. To właśnie IP stanowiło chociażby o sukcesie uniwersum Marvela. Bez wsparcia w postaci gigantycznego komiksowego imperium historie o Avengersach przepadłyby wśród innych filmów science-fiction. Pod tę kategorię podpadają również wszystkie sequele, remaki, sidequele, prequele i dzieła wykorzystujące stworzone wcześniej postaci z innych filmów i seriali. Dzięki temu jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć producent wie, że istnieje już silna grupa docelowa zainteresowana daną produkcją. A to znacznie zwiększa szanse scenariusza. Tym rozumowaniem kierują się twórcy serialowych remaków znanych i mniej znanych filmów („Fargo”, „12 małp”, „Westworld”) czy wersji „all-female cast”: „Pogromców duchów” albo „Ocean’s 8”. 

Oczywiście możemy spojrzeć na to zjawisko znacznie szerzej. IP nie musi w ogóle być konkretną historią czy postacią. Może to być dyscyplina sportowa, której fani z pewnością przyjdą na film jej poświęcony. Triumfy w ostatnich latach święcą choćby filmy opowiadające o walkach MMA („Wojownik”, „Fighter”, „Underdog”). Z kolei na fali popularności łyżwiarstwa figurowego powstał serial „Spinning Out” czy anime „Yuri on Ice”. IP może być również popularna aplikacja – Tinder czy Instagram, portal społecznościowy albo program komputerowy, wokół którego toczy się akcja filmu. 

Czy IP gwarantuje sukces?

O tym, jak istotne jest IP we współczesnym biznesie filmowym, możecie się przekonać, patrząc na tegoroczne rozdanie Oscarów. Zdecydowana większość nominowanych opiera się na bardziej lub mniej znanych, ale już wcześniej istniejących prawdziwych historiach i wydarzeniach („1917”, „Irlandczyk”, „Le Mans’66”), postaciach („Pewnego razu… w Hollywood”), powieściach („Jojo Rabbit”, „Małe kobietki”), mamy też ekranizację komiksu („Joker”). Bardziej kameralne IP ma „Historia małżeńska” Noah Baumbacha, inspirowana wydarzeniami z życia reżysera – rozstaniem z reżyserką Jennifer Jason Leigh. Możecie teraz triumfalnie zauważyć, że nagrodę za najlepszy film zdobył scenariusz absolutnie oryginalny i do niczego nie podobny: „Parasite”. Owszem – ale tutaj z kolei IP jest pewne zjawisko społeczne. Charakterystyczne dla Korei Południowej, ale uniwersalne i zrozumiałe na całym świecie. 

Przykład „Parasite’a” (ale też pozostałych filmów, z komiksowym „Jokerem” na czele) pokazuje, że historie z IP nie muszą być wtórne i pozbawione zaskoczenia. IP jest jedynie haczykiem, na który łowi się producenta i widzów, nie jest imperatywem nakazującym pisać zgodnie z już istniejącą historią. Nie zastąpi wyobraźni i talentu. IP nie gwarantuje też sukcesu wśród widzów – nie da się jednak ukryć, że znacznie zwiększa szanse na realizację scenariusza. 

Udostępnij wpis znajomym!